Po śmierci rodziców chciałem sprzedać rodzinny dom, ale zanim to zrobiłem, otworzyłem warsztat, do którego ojciec przez całe życie zabraniał mi wchodzić. Robił blat do stołu dla sąsiada z drugiej ulicy. Prąd, gaz, ZUS, podatek od nieruchomości – wszystko spadało na mnie. Gdy sąsiadki dostawały pismo z urzędu i nie rozumiały, czy mają coś zapłacić, czy tylko podpisać, przychodziły do mamy.

Robił to tak, jakby najpierw musiał się z nią dogadać, ale dalej niż do pierwszego pomieszczenia, nigdy mnie nie wpuszczał. No to nie zawracałem. Zadzwoniłem do pośrednika, znajomego znajomej mamy. Kiwnąłem głową, jakbym mówił o komórce z przetworami, a nie o miejscu, do którego ojciec nie wpuszczał mnie przez całe życie.
To był klucz do wewnętrznych drzwi stolarni. Wziąłem klucz do dłoni i poczułem coś dziwnego. Teraz wsunąłem klucz do zamka. Nie było drewna, nie było starych zamówień, ani farb, ani żadnych rzeczy, które pasowałyby do Wiktora Stolarza.
Znałem to pismo z list zakupów, z kopert na rachunki, z kartek przyklejanych do lodówki. Na drugim ubranie do pracy. Wróciłem do archiwum. Przez dwa dni nie wszedłem do stolarni.
Sprzedam dom, zamknę sprawy po rodzicach, wrócę do Wrocławia. Zadzwoniłem do pośrednika i powiedziałem, że chcę przyspieszyć sprzedaż. No właśnie, co tam jest? Dom stary, stolarnia do rozbiórki, papierów pewnie pełno.
Następnego dnia zacząłem dzwonić do ludzi. Najpierw do dawnego dostawcy drewna, pana Romana. Do Wiktora różni przychodzili. Po robocie niby tacy zmęczeni życiem, jacy różni.
Wiktor nigdy ich przez dom nie prowadził, zawsze bokiem do stolarni. Po jej wyjściu wróciłem do papierów mamy. Stał pod oknem stolarni w ciemnej kurtce z tym swoim ciężkim spokojem, który doprowadzał mnie do szału. Józef podniósł wolną rękę, powoli jak do spłoszonego psa.
Skinął głową, podniósł z ziemi torbę z narzędziami, której wcześniej nie zauważyłem, i ruszył do furtki. Wszedłem do stolarni i zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Pierwszy raz od wyjścia ktoś dał mi narzędzie do ręki, a nie patrzył, czy czegoś nie ukradnę. Może powinienem zadzwonić do kogoś?
Do kogo? Nie miałem już do kogo. W kopercie były też listy mamy, nie takie do wysłania, bardziej zapiski, jakby pisała do mnie na raty za każdym razem, kiedy brakowało jej odwagi, żeby powiedzieć to głośno. Nikt się nie odzywał, aż trafił do starego stolarza pod nową solą.
Dopiero potem wpuścił go do stołu. Mama załatwiła mu dokumenty, pomogła w ZUS-ie, znalazła pokój u wdowca, który potrzebował kogoś do rąbania drewna i nie zadawał pytań. Niektórzy wracali do starego. Stała się miejscem, w którym ludzie albo dostawali jeszcze jedną deskę do obrobienia, albo odchodzili z niczym.
Ja siedziałem przy kuchennym stole z teczką Tadeusza przed sobą i próbowałem sobie wmówić, że to nadal nie moja sprawa, że mogę odłożyć papiery, zamknąć stolarnię, podpisać umowę sprzedaży i wrócić do Wrocławia, do pracy, do rachunków. Dzwonek do furtki zabrzmiał czysto, bez dawnego skrzypienia. No i wreszcie powiedział prawdę, nie całą, ale wystarczającą. Mam ostatnio sporo rzeczy do żałowania.
Tak, ja do pana Wiktora miałem przyjść. Przekładał torbę z jednej dłoni do drugiej, patrzył na ziemię, potem na stolarnię. Zaprowadziłem go do stolarni. Żadna symboliczna brama do nowego życia.
Nie czytałem wszystkiego naraz, bo człowiek nie powinien połykać cudzych żyć jak gazety do porannej kawy.