Miesiąc temu przelałem milion dwieście tysięcy złotych jako wkład własny na dom pod Warszawą. Kiedy podjechaliśmy z Teresą, przed domem stały same drogie auta, terenówki, lśniące limuzyny – samochody, których nazw nawet nie chciało mi się zapamiętywać. Podszedłem do Pawła. W domu, na który dałem milion dwieście tysięcy, poczułem się jak obcy człowiek.

Teresa prawie biegła do auta. – Teresa, mów do mnie, co się stało? – Poszłam do toalety. Drzwi do gabinetu były otwarte.
One się z nas śmiały. Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do Pawła. I wtedy zrozumiałem, że milion dwieście tysięcy nie było pomocą dla syna. Najpierw wszedłem do ksiąg wieczystych, potem do rejestru spółek.
Dom pod Warszawą, ten za trzy miliony złotych, na który przelałem milion dwieście tysięcy, nie należał ani do mojego syna, ani do Doroty. Siedziałem przed ekranem do świtu. O świcie wsiadłem do samochodu i pojechałem do firmy. – Możesz mi wyjaśnić – powiedziałem cicho – dlaczego moje million dwieście tysięcy kupiło dom, Barbaro?
Odwróciłem się i ruszyłem do drzwi. Zobaczyłem, jak niemal rzuca się do komputera. Monterzy ładowali narzędzia do busów. Ona była ostra, pewna siebie, przyzwyczajona do wydawania poleceń.
Zatrzymałem się przy wejściu do salonu. Zrobiłem krok do przodu. Potem odwróciłem się do Pawła. – Twoja firma może poczekać do poniedziałku.
Nie miał prawa mówić, dopóki one nie pozwolą. Wślizgnąłem się do środka. To były wezwania do pilnej zapłaty. Do domu wracałem w ciszy.
Paweł ma dostęp do systemów. Drugi, system odrzucił – jak kroplówka podłączona do żyły mojej firmy. Wróciłem do łóżka. Rano Paweł przyszedł do nas niby przypadkiem.
– Tato, mieliśmy w nocy włamanie do systemu. – Następnym razem zadzwonisz do mojej asystentki. Nie, jeszcze wiedziała o Barbarze, o wezwaniach do zapłaty, o moim nocnym wejściu do systemu, ale nie powiedziałem jej, że zadzwoniłem do Szymona. Usiedliśmy do stołu.
Ekran miał przygaszony prawie do zera. Paweł dobrał się do rezerw pracowniczych. Wniosek o pilne ograniczenie zdolności do czynności prawnych. Te same dłonie przez lata dokręcały zawory, nosiły rury, podpisywały umowy, głaskały Pawła po głowie, kiedy był mały i bał się burzy.
Nie poszedłem od razu do Teresy. Rano Paweł przyszedł do nas niby przypadkiem. Data, godzina, objaw, materiał do sądu. Potem podszedłem do regału.
Jutro do tego wrócę. Pojechaliśmy do małego hotelu w centrum Warszawy. A jego wyślemy do tego zamkniętego ośrodka. Wziąłem pióro do ręki.
– Wiem, że mój milion dwieście tysięcy nie trafił do Pawła i Doroty, tylko do spółki powiązanej z tobą, Barbaro. Wiem o fikcyjnym doradztwie energetycznym po trzydzieści pięć tysięcy miesięcznie. On myli imiona, chowa klucze do lodówki. Wyślemy go do zamkniętego ośrodka.
Teresa wstała i podeszła do mnie.