Wszedłem do restauracji prosto z winnicy, w tej samej oliwkowej kurtce i ciężkich butach, które nosiłem od lat. Nie zdążyłem wrócić do domu, żeby się przebrać, bo syn prosił, żebym koniecznie był na tym spotkaniu. Kilka osób przy stolikach odwróciło głowy, patrząc na mój brudny strój. Najpierw spojrzeli na buty, potem na ziemię pod paznokciami.

Dorota, która prowadziła lokal od lat, podeszła do mnie i objęła mnie mocno, nie zwracając uwagi na moją zakurzoną kurtkę. – Nareszcie jesteś – powiedziała cicho. – Czekaliśmy na ciebie. Łukasz, mój syn, wstał od stołu i podszedł do mnie.
Wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął grubą, kremową kopertę. – Spodziewałem się, że może do tego dojść – powiedział, spoglądając na Wiktorię, swoją narzeczoną. Do sali weszła Elżbieta. Pamiętałem ją jako młodą dziewczynę, która przychodziła z ojcem, gdy ten przywoził mi winogrona do tłoczenia.
Teraz podeszła do Wiktorii i stanęła tuż przy niej. – Chcesz zobaczyć, co jest w środku? – zapytała Elżbieta, patrząc na swoją córkę. Wiktoria wyciągnęła rękę po kopertę, ale Elżbieta ją cofnęła.
– Najpierw usiądź. Będziesz chciała to przeczytać na spokojnie. Ryszard, przyszły teść Łukasza, wszedł do sali z trzema mężczyznami w eleganckich garniturach. Szedł pierwszy, wyprostowany, pewny siebie, jakby cała restauracja miała należeć do niego już za kilka tygodni.
Wiktoria poderwała się i pocałowała go w policzek. – To oni zdecydują o przyszłości tego miejsca – powiedziała, wskazując na trzech mężczyzn. Ryszard podszedł do mnie, wyciągając rękę. – Miło pana poznać – powiedział.
– Słyszałem, że pan Stanisław jest bardzo przywiązany do tego budynku. Spojrzał na moje buty, potem na kurtkę. Przez chwilę widać było, że próbuje dopasować moje zabłocone buty do nazwiska, które zna z dokumentów. Nie wiedział tylko, że to ja podejmuję ostateczną decyzję o sprzedaży.
– Nie należę do ludzi, którzy łatwo oddają to, co budowali przez lata – odpowiedziałem spokojnie. Wiktoria podeszła szybko, obcas uderzył ostro o podłogę. – Proszę natychmiast przenieść tego pana do osobnej sali – powiedziała do Doroty. Dorota popatrzyła na nią, ale się nie poruszyła.
– Przede wszystkim powinna pani przeczytać to, co trzyma pani matka – powiedziała Elżbieta. – Chciałam tylko wiedzieć, z czym będziemy mieli do czynienia – odpowiedziała Wiktoria. – Napisałaś, że po ślubie trzeba będzie przekonać cię do sprzedaży. – To nie koniec – powiedziała Elżbieta, otwierając kopertę.
– Są tam również wiadomości, które wysyłałaś do Moniki, swojej najbliższej przyjaciółki. Wiktoria pobladła. Zacisnęła dłonie, ale nie podeszła bliżej. – To, co przeczytasz, pokaże ci, o czym naprawdę rozmawiałaś z ojcem w ostatnich miesiącach – dodała Elżbieta.
Ryszard zaczął się niecierpliwić. – Dość tych gier. Umowa jest przygotowana. Wystarczy podpisać.
Dorota podeszła do stołu i postawiła przed Łukaszem dwa kieliszki wina. – To wino z naszej winnicy – powiedziała. – Z rocznika, który twój ojciec tłoczył własnymi rękami. Łukasz wziął kieliszek, ale nie podniósł go do ust.
Patrzył na Wiktorię, potem na mnie. – Przed ślubem planowałem podarować wam 500 000 złotych – powiedziałem. – Pieniądze zostały wpłacone na konto, ale wczoraj wieczorem zmieniłem decyzję. Wiktoria gwałtownie uniosła głowę.
– Ta kwota zostanie przekazana na stypendia dla dzieci z rodzin rolniczych, winiarskich i małych gospodarstw – dokończyłem. Ryszard wstał. Jego twarz oblała się rumieńcem. Trzech mężczyzn w garniturach wymieniło spojrzenia i jeden z nich wyszedł z sali, trzymając telefon przy uchu.
– To wszystko zostaje bez zmian. Gospodarstwo, winnica, budynek i ziemia. Wszystko należy do spółki – powiedziałem. – Zaufanie nie polega na tym, że jedna osoba ma dostęp do wszystkiego, a druga nie może zadać pytania.
Zbudujemy to w porozumieniu. Ryszard odwrócił się do mnie. – Pan chyba nie rozumie, z kim pan rozmawia – powiedział. – Rozumiem – odpowiedziałem.
– Tylko pan nie wie, z kim pan rozmawia. Ryszard zamilkł. Przez kilka sekund patrzył na mnie, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Jeszcze godzinę wcześniej wszedł do restauracji jak człowiek pewny zwycięstwa.
Teraz stał przy stole z pustymi rękami. Łukasz odstawił kieliszek i podszedł do Wiktorii. Stanął obok niej, ale nie wziął jej za rękę. – Może porozmawiamy na osobności – powiedział.
– Wszyscy na to zasługujemy. Dorota podeszła do mojego małego stolika przy kuchni i postawiła przede mną kieliszek czerwonego wina. – Zostajesz? – zapytała.
– Zostaję – odpowiedziałem. Wróciłem do gospodarstwa. Wkładałem tę samą oliwkową kurtkę i te same ciężkie buty. Obchodziłem rzędy winorośli, sprawdzałem wilgotność gleby, zaglądałem do piwnicy i próbowałem wina z beczek.
Wiedziałem, że Łukasz wróci. Wiedziałem, że przyjedzie, gdy będzie gotowy, żeby porozmawiać o tym, co naprawdę się wydarzyło. Ale nie przyjechał ani tego dnia, ani w następnym tygodniu. Minął miesiąc, zanim zadzwonił.
A kiedy zadzwonił, głos miał inny. Jakby ktoś zabrał mu coś, czego nie potrafił nazwać.