Otworzyłem drzwi i zamiast zobaczyć brata, zobaczyłem obcego faceta, który przedstawił się jako pracownik kancelarii prawnej. W ręku trzymał kopertę i wyglądał, jakby przyniósł coś, co miało mnie zmiażdżyć. Pogoda była paskudna, kapało z rynny, a on stał na progu bez słowa, czekając, aż zaproszę go do środka. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, to że ktoś zmarł i przyszedł zawiadomić rodzinę.

Potem pomyślałem o długach. Napięcie w środku rosło, bo żaden urzędnik nie tłukłby się w taką pogodę, gdyby nie chodziło o coś ważnego. Uścisnął mi dłoń, wszedł do kuchni i usiadł przy stole, na którym wciąż leżały śniadaniowe okruchy. Zapytał o mojego brata, a ja odpowiedziałem, że wyjechał, nie podając żadnych szczegółów.
Wyciągnął dokumenty i położył je na blacie. Okazało się, że cała sprawa dotyczyła spadku po naszym starym, który odszedł kilka lat temu, a notariusz przygotował podział majątku. W tamtej chwili myślałem, że to jakieś nieporozumienie albo że ktoś próbuje nas oszukać. Sięgnąłem do szuflady po okulary do czytania i zacząłem czytać od pierwszej strony, bo chciałem znaleźć haczyk.
Najpierw przeszliśmy do łodzi, tej, którą stary kupił jeszcze zanim zwariował z tym całym biznesem. Potem notariusz przeszedł do mnie i powiedział, że odziedziczyłem ją w całości, razem z kabiną warsztatową, całym wyposażeniem, narzędziami, dokumentacją i prawami wynikającymi z umowy cumowania. Do tego dochodziły trzy działki przy starej drodze na przystań, już prawie gotowe pod zabudowę letniskową. Pielęgnowało się to wszystko latami, a brat zawsze mówił, że nie warto się tym przejmować.
Słuchałem tych wyliczeń i czułem, jak robi mi się gorąco. Bo przez całe życie powtarzano mi, że jestem ten gorszy, ten, który nic nie ma i nic nie osiągnie. A teraz w tych papierach pisało coś zupełnie innego. Mój brat wezwał mnie, bo nie chciał podpisywać aktu w pojedynkę, chociaż to on był w testamencie głównym spadkobiercą.
Ja miałem dostać łódź i warsztat, a on dom i pieniądze. Wszystko wydawało się sprawiedliwe, ale utknąłem na jednym zdaniu, które wyjaśniało, że stary przed śmiercią zmienił zapis i dopisał do łodzi nazwisko mojego ojca. Chrzestny powiedział, że to nie przypadek, bo mój ojciec zawsze mówił, że kiedyś wrócę do tej roboty. Wtedy w mojej głowie pojawił się obraz starego warsztatu, zapach oleju i dźwięk młotka, wszystko to, czego unikałem od lat.
Zamiast odpowiedzieć notariuszowi, wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, że przestało padać. Mimo to deszcz na szybach zostawił smugi, przez które świat za oknem wyglądał brudno. Po jakimś czasie gość zaczął tłumaczyć, że jeśli przyjmę spadek, będę musiał przejąć także obowiązki i ewentualne zaległości. Nie obiecywał, że wszystko będzie łatwe, ale mówił do mnie jak do kogoś, kto ma coś realnego do zaoferowania.
Sam nie wiedziałem, czy czuję ulgę, czy strach, ale zacisnąłem zęby i powiedziałem, że muszę to przemyśleć. Notariusz zostawił mi kopię dokumentów i wyszedł, a ja stałem w kuchni z tą całą teczką w rękach i wpatrywałem się w podpis ojca na ostatniej stronie. Ten podpis znałem od dziecka i zawsze kojarzył mi się z tym, że stary trzymał nas krótko. Wieczorem zadzwoniłem do brata i powiedziałem mu, że przyjmuję spadek.
Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza, a potem usłyszałem tylko krótkie dobra, to się zobaczymy u notariusza. W końcu zdecydowałem, że przyjmę spadek, bo nie chciałem dłużej uciekać od tego, co zostawił ojciec. Ale zanim na dobre zacząłem myśleć o remoncie, musiałem dotrzeć do łodzi i zobaczyć, w jakim stanie naprawdę jest, bo ostatni raz siedziałem na jej pokładzie jako nastolatek. Wsiadłem do mojego starego Opla i pojechałem nad jezioro.
Po drodze zatrzymałem się na stacji, zatankowałem do pełna i kupiłem kawę, chociaż wcale nie chciało mi się pić. Dojazd zajął mi ponad godzinę, a gdy wysiadłem na żwirowym parkingu, uderzył mnie znajomy zapach wody i gnijących trzcin. Łódź stała tam, gdzie zawsze, trochę niżej niż kiedyś, z jedną burtą lekko odchyloną. Wziąłem klucz, wszedłem na pokład i otworzyłem drzwi do małej kabiny warsztatowej.
W środku panował bałagan, ale wszystko, co ważne, było na swoim miejscu. Na półkach leżały klucze, śrubokręty, puszki z farbą, a na stole rozrzucone papiery, które wyglądały na rachunki i plany. Były też wycinki z lokalnej gazety, notatki z zebrań w gminie, szkice przyszłych zejść do wody i dopisane ołówkiem zdania. Przewertowałem te wszystkie papierki i znalazłem coś, czego się nie spodziewałem, bo obok starych faktur leżała mapa przystani z zaznaczonymi miejscami.
Na zwiniętej w rulon mapie ktoś narysował kółka wokół kilku punktów przy brzegu, a obok jednego z nich dopisał ołówkiem datę. Spojrzałem na nią i poczułem, że to nie były zwykłe notatki, bo ten sam charakter pisma znałem z dzieciństwa, kiedy ojciec zapisywał coś w swoim kalendarzu. Spróbowałem odczytać drobne literki, ale część z nich była zamazana od wody. Wtedy poczułem, że ktoś stoi za moimi plecami, i odwróciłem się gwałtownie.
W drzwiach stał Kuba, syn starego sąsiada, który od lat pomagał ojcu przy łodzi. Miał na sobie wyblakłą bluzę i patrzył na mnie z taką miną, jakby właśnie dowiedział się czegoś, co mnie dotyczyło. Na mój widok uśmiechnął się bez cienia radości i powiedział, że nie myślał, że kiedykolwiek tu wrócę. Nie chciałem się tłumaczyć, więc zapytałem go wprost, co robi na mojej łodzi.
Odpowiedział, że przyszedł tylko sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu, bo czasem zaglądają tu obcy. Jego wzrok wciąż wędrował po kabinie, ale nie wyglądał na kogoś, kto zwykł pilnować cudzego mienia. Wsunął ręce do kieszeni i zapytał, co zamierzam zrobić z łodzią. Powiedziałem, że najpierw muszę ją obejrzeć od środka, a potem zobaczymy.
Kuba parsknął, wszedł do kabiny bez zaproszenia i wskazał na stare silniki. Powiedział, że ojciec zostawił tę łódź w dobrym stanie, ale jeden silnik wymaga przeglądu, a drugi może wymagać wymiany świec i przewodów paliwowych. Wyjaśnił mi też, że na przystani ludzie wiedzą, że łódź stoi, i że niektórzy już pytali, czy nie jest na sprzedaż. Spojrzałem na niego i zapytałem, skąd wie tyle o tej łodzi, a on odpowiedział, że pomagał ojcu przy remoncie przez całe lato.
Opowiedział mi, jak uczył się rozkręcać silnik, wymieniać uszczelki i wiosłować łódką, kiedy stary nie miał czasu. Potem zamilkł na chwilę, jakby chciał coś dodać, ale w końcu tylko wzruszył ramionami. Wziąłem do ręki jeden z kluczy, który leżał na stole, i zapytałem go wprost, co wiedział o planach mojego ojca. Kuba powiedział, że stary często opowiadał o tym, że kiedyś uruchomi tu coś na większą skalę, ale nigdy nie zdążył.
Potem wskazał na plik dokumentów w rogu i dodał, że ojciec miał jakieś układy w gminie, ale nie chciał o tym mówić głośno. Zapytałem go, czy widział kiedyś mapę z zaznaczonymi miejscami, a on na to, że kilka razy, ale nigdy nie wiedział, o co w niej chodzi. Zrobiło mi się nieswojo, bo czułem, że Kuba wie więcej, niż mówi, ale nie chciałem go naciskać. Oparłem się o framugę i zamiast odpowiedzieć, wziąłem do ręki jedną z notatek, na której widniał numer telefonu.
Był to numer, którego nie znałem, więc postanowiłem go zapisać, zanim wyjdę z kabiny. Kuba patrzył na mnie uważnie, a kiedy zobaczył, że chowam kartkę do kieszeni, tylko się skrzywił. Potem przeszliśmy na pokład i obejrzeliśmy całą łódź od burty do burty. Z jednej strony brakowało kilku listew, w innym miejscu farba odchodziła płatami, ale konstrukcja wyglądała na solidną.
Kuba mówił, że trzeba będzie wymienić uszczelki wokół luków i sprawdzić dno, zanim łódź zejdzie na wodę. Nagle usłyszeliśmy kroki na pomoście, a po chwili na pokład wszedł wysoki facet w gumowcach. Miał na sobie roboczą kurtkę, a w ręku niósł wiadro z farbą i pędzle. Kuba go znał, więc przywitał się, a facet przedstawił się jako Staszek i powiedział, że słyszał, że łódź ma nowego właściciela.
Spojrzał na mnie i zapytał, czy to prawda, że przejmuję łódkę po ojcu, a ja przytaknąłem bez większego entuzjazmu. Staszek opowiedział, że stary kilka razy prosił go o pomoc przy remoncie, ale nigdy nie skończyli. Dodał, że ojciec miał pomysł, żeby zrobić tu małą przystań z wypożyczalnią kajaków, ale nie zdążył tego przeprowadzić. Usłyszałem to wszystko i nagle zrozumiałem, że dokumenty, które znalazłem, mogą mieć coś wspólnego z tym planem.
Staszek powiedział, że jeśli będę potrzebował pomocy, to mogę na niego liczyć, bo zna się na łodziach i na ludziach. Wtedy zapytałem go wprost, czy ktoś jeszcze interesował się łodzią albo planami ojca. Przez chwilę milczał, a potem powiedział, że kilka tygodni temu widział obcego mężczyznę, który kręcił się wokół pomostu i oglądał łódź z daleka. Nie umiał go dokładnie opisać, ale zapamiętał, że facet miał czarną kurtkę i przyjechał eleganckim samochodem.
Kuba na to zrobił zdziwioną minę i powiedział, że nie widział nikogo takiego, a Staszek tylko pokręcił głową. Po tej rozmowie zrobiło się cicho i wszyscy trzej staliśmy na pokładzie, patrząc na wodę. W końcu Staszek położył farbę na burcie i powiedział, że jak coś się stanie, to mam dzwonić do niego, bo on zawsze jest w pobliżu. Uścisnął mi rękę, zszedł z pokładu i ruszył wzdłuż pomostu, a ja patrzyłem za nim, aż zniknął między drzewami.
Kuba został i zapytał, co zamierzam zrobić dalej, a ja odpowiedziałem, że najpierw sprawdzę silniki, a potem zobaczymy. On tylko kiwnął głową i powiedział, że może pomóc, bo ma wolne dni i zna się na mechanice. Zgodziłem się, bo potrzebowałem kogoś, kto zna tę łódź od podszewki. Tego samego dnia podjąłem decyzję, że zostaję i biorę się do roboty, chociaż żona patrzyła na mnie w domu z niepokojem.
Wróciłem do domu zmęczony, śmierdzący olejem i z mapą w kieszeni, ale nie powiedziałem jej wszystkiego. Wieczorem siedziałem w kuchni i dzwoniłem do tych wszystkich numerów, które znalazłem w notatkach ojca. Jedna z tych rozmów była z facetem, który przedstawił się jako pan Zygmunt i powiedział, że znał mojego ojca bardzo dobrze. Powiedział, że stary zostawił mu wiadomość, że mam mu zaufać w sprawach dotyczących przystani.
Nie chciał nic więcej mówić przez telefon, tylko zaproponował spotkanie w przyszłym tygodniu. Umówiliśmy się u niego w biurze, niedaleko miasta, a ja zapisałem adres na kartce i przykleiłem ją do lodówki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta rozmowa zaprowadzi mnie dalej, niż bym się spodziewał. Kilka dni później spotkałem się z panem Zygmuntem, który okazał się emerytowanym pracownikiem gminy.
W jego biurze stały stare szafy pełne dokumentów, a na ścianie wisiała mapa okolicy z zaznaczonymi drogami i przystaniami. Powiedział mi, że mój ojciec od lat starał się o pozwolenie na budowę pomostów i małej mariny, ale zawsze brakowało pieniędzy. Wyciągnął z szafy teczkę z napisem „Przystań” i pokazał mi plany, które wyglądały na kompletne. Były tam rysunki techniczne, kosztorysy i pisma z urzędu, a na samym wierzchu leżała mapka, którą widziałem w łodzi.
Zapytałem go, dlaczego mi to pokazuje, a on odpowiedział, że ojciec prosił go, żeby oddał mi te dokumenty, jeśli coś mu się stanie. Powiedział też, że stary nie ufał mojemu bratu w tych sprawach, bo wiedział, że brat nie ma nic wspólnego z wodą. Na to poczułem jakiś dziwny ucisk w gardle, bo nigdy nie myślałem, że ojciec widział we mnie kogoś, kto przejmie jego plany. Pan Zygmunt wyjaśnił, że ojciec chciał, żebym to ja dokończył to, co on zaczął, ale nie chciał na mnie naciskać.
Powiedział, że miałem mu to przekazać wtedy, gdy sam uznam, że jestem gotowy. Wziąłem te dokumenty do domu i rozłożyłem je na stole, a wtedy zrozumiałem, że to nie były tylko notatki. To był gotowy projekt, który czekał na kogoś, kto weźmie się do pracy. Tego samego wieczoru zadzwonił do mnie Kuba i powiedział, że widział, jak ktoś obcy błąka się po przystani.
Zapytał, czy mam jakieś plany, które warto ukryć, a ja odpowiedziałem, że chyba tak, ale nie chciałem o tym mówić przez telefon. Umówiliśmy się na następny dzień, rano, przy łodzi, żeby wspólnie ocenić sytuację. Kiedy przyjechałem, Kuba już tam był, siedział na burcie i popijał kawę z termosa. Spojrzał na mnie i powiedział, że facet, którego widział wczoraj, nie wyglądał na turystę, bo cały czas oglądał łódź przez lornetkę.
Zrobiłem wtedy coś, co przyszło mi naturalnie, mianowicie wezwałem go na dół do kabiny i pokazałem mu dokumenty. Powiedziałem mu o panu Zygmuncie i o tym, że ojciec zostawił mi szczegółowy projekt przystani. Kuba słuchał uważnie, a potem wskazał na mapę i powiedział, że dobrze zna te miejsca, bo łowił tam ryby z ojcem. Zapytał, co planuję z tym zrobić, a ja odpowiedziałem, że chcę to dokończyć, ale na razie muszę załatwić formalności.
On tylko kiwnął głową i powiedział, że mogę liczyć na jego pomoc, bo przez całe lato uczył się od mojego ojca. Potem przesiedzieliśmy pół dnia na łodzi, sprawdzając silniki, wymieniając uszczelki i planując pierwsze naprawy. Kiedy zrobiło się ciemno, zamknąłem łódź i wróciłem do domu, a w głowie wciąż miałem te wszystkie mapy i plany. W nocy nie mogłem spać, bo myślałem o tym, że może jednak w tym wszystkim jest coś prawdziwego.
Zamiast uciekać od tego miejsca, czułem, że muszę zostać i zrobić to, czego ojciec nie zdążył. Następnego ranka zadzwoniłem do brata i powiedziałem mu, że przejmuję łódź i zaczynam remont. W odpowiedzi usłyszałem tylko, że to moja sprawa, i że on się tym nie interesuje. To było dziwne, bo wcześniej zawsze musiał się wtrącać, a teraz nagle zrobił się obojętny.
Ale wtedy nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo tego samego dnia umówiłem się z panem Zygmuntem na kolejne spotkanie. W jego biurze poruszyliśmy sprawę pozwoleń, a on obiecał, że pomoże mi przejść przez wszystkie formalności. Potem zacząłem regularnie jeździć nad jezioro, czasem z Kubą, czasem sam, i stopniowo łódź zaczynała wyglądać coraz lepiej. Wymieniliśmy stare deski, pomalowaliśmy burty i naprawiliśmy dźwig, który od lat stał nieużywany.
Kuba okazał się złotym człowiekiem, bo pracował ciężko, nie narzekał i często zostawał dłużej, niż planował. Wieść o tym, że ktoś remontuje starą łódź Staszka, rozeszła się po okolicy, bo ludzie zaczęli przychodzić i pytać, co zamierzam zrobić. Jedni byli ciekawi, inni ostrzegali, że to przepalanie pieniędzy, bo łódź jest stara i nie nadaje się do niczego. Ale ja już podjąłem decyzję i nie chciałem jej zmieniać, nawet jeśli to miało nie wypalić.
W międzyczasie nie zapominałem o mapie, bo wiedziałem, że ojciec nie zaznaczyłby tych miejsc bez powodu. Pan Zygmunt powiedział mi, że kilka z tych punktów ma związek ze starymi zejściami do wody, które mogą mieć wartość. Zasugerował, żebym sprawdził, czy niektóre z nich nie są już w rękach prywatnych, bo to mogłoby coś znaczyć. Poprosiłem Kubę, żeby przeszukał internet i zapytał znajomych, a on po kilku dniach wrócił z informacją.
Okazało się, że jeden z zaznaczonych punktów od kilku lat należy do jakiegoś przedsiębiorcy z miasta. Kiedy zapytałem pana Zygmunta o tego człowieka, nagle zamilkł i powiedział, że to ktoś, z kim mój ojciec miał porachunki. Nie chciał powiedzieć nic więcej, tylko poradził mi, żebym uważał na ludzi, którzy interesują się tą przystanią. Te słowa utkwiły mi w głowie i sprawiły, że zacząłem patrzeć na wszystkich podejrzliwie.
Kilka dni później na przystani pojawił się elegancki samochód, a z niego wysiadł facet w czarnej kurtce, dokładnie tak jak opisał Staszek. Obszedł łódź dookoła, popatrzył na mnie z daleka, ale nie odezwał się ani słowem. Potem wsiadł z powrotem do auta i odjechał, a ja stałem na pokładzie i patrzyłem za nim, dopóki nie zniknął. Kuba przybiegł chwilę później i zapytał, kto to był, a ja przyznałem, że nie mam pojęcia.
Wtedy wyciągnąłem z kieszeni kartkę z numerem telefonu, który znalazłem w notatkach ojca, i postanowiłem zadzwonić. Facet po drugiej stronie odebrał po drugim sygnale, a potem powiedział, że się spodziewał mojego telefonu. Powiedział, że nazywa się Marek i że ma ze mną do omówienia pewną sprawę. Zgodziłem się na spotkanie, bo chciałem wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Umówiliśmy się w knajpie na skraju miasta, a kiedy przyszedłem, on już tam siedział przy stoliku w rogu. Miał na sobie garnitur, a obok niego leżała teczka, którą otworzył dopiero, gdy usiadłem. Powiedział, że mój ojciec był mu winien pieniądze, i że zgodnie z umową dług przechodzi na spadkobiercę. Pokazał mi dokument z podpisem ojca, ale podpis wyglądał jakoś dziwnie, jakby został sporządzony pod naciskiem.
Zapytałem go, ile wynosi dług, a on wymienił kwotę, która była absurdalnie wysoka. Tłumaczył, że ojciec pożyczał od niego pieniądze na remonty, ale nigdy nie oddał, i że teraz przyszła pora. Zażądał, żebym oddał mu łódź albo zapłacił, bo inaczej skieruje sprawę do sądu. Wstałem i powiedziałem, że muszę to przemyśleć, ale on tylko uśmiechnął się i powiedział, że mam tydzień.
Wyszedłem z knajpy z tymi wszystkimi informacjami i poczułem, że tracę grunt pod nogami. Zamiast wracać do domu, pojechałem prosto do pana Zygmunta i opowiedziałem mu, co się stało. On tylko pokręcił głową i powiedział, że to dokładnie to, czego się obawiał. Wyjaśnił mi, że ten Marek to człowiek, który od lat próbuje przejąć tereny nad jeziorem.
Powiedział też, że mój ojciec nie miał u niego żadnego długu, a ten dokument to fałszerstwo. Pan Zygmunt miał w szafie kopię umowy, którą ojciec podpisał z tym człowiekiem, i pokazał mi ją. Okazało się, że ojciec sprzedał mu dawno temu część działki, a potem Marek próbował wyciągnąć więcej. Zrozumiałem wtedy, że to nie był zwykły dług, tylko próba zastraszenia, żebym oddał to, co do mnie należy.
Pan Zygmunt poradził mi, żebym nie ufał nikomu i żebym pilnował dokumentów, bo Marek może próbować je zdobyć. Wróciłem nad jezioro i opowiedziałem Kubie o wszystkim, a on powiedział, że to brzmi jak jakaś mafia. Razem postanowiliśmy, że nie damy się zastraszyć i że będziemy dalej remontować łódź. Ale to nie był koniec, bo kilka dni później ktoś włamał się do kabiny i przetrzepał wszystkie szafki.
Kuba znalazł wyłamane drzwi i porozrzucane papiery, kiedy przyszedł rano na przystań. Na szczęście dokumenty od pana Zygmunta trzymałem w domu, więc nic ważnego nie zginęło. Zadzwoniłem na policję, ale nie wróżyłem sobie wiele po ich wizycie, bo przecież nie było żadnych śladów. Potem jeszcze tego samego dnia zadzwonił Marek i zapytał, czy przemyślałem jego propozycję.
Odpowiedziałem, że nie oddam łodzi, i że wiem, że to fałszerstwo. On tylko zaśmiał się do słuchawki i powiedział, że tego pożałuję, a potem się rozłączył. Przez kolejne tygodnie żyłem w nerwach, ale nie odpuściłem, bo łódź stała się dla mnie czymś więcej niż tylko spadkiem. W dzień pracowałem przy remoncie, a wieczorami przeglądałem dokumenty, mapy i stare wycinki z gazet.
Z każdym dniem czułem, że ojciec zostawił mi coś cennego, i że muszę to ochronić. Kuba też był w tym wszystkim ze mną, chociaż sam ryzykował, bo przecież nie musiał się w to mieszać. Pewnego popołudnia, kiedy wymienialiśmy poszycie na rufie, Kuba podniósł wzrok i wskazał na coś w wodzie. Podpłynąłem bliżej i zobaczyłem, że na dnie, tuż przy pomoście, leży stara skrzynia, do połowy wmurowana w muł.
Wiedziałem, że nie ma co do tego złudzeń, bo to było za blisko przystani, żeby to był przypadek. Kuba zanurkował i po chwili wyciągnął ją na powierzchnię, a my wciągnęliśmy ją na pokład. Była zamknięta na kłódkę, ale rdza zrobiła swoje, więc wystarczyło pociągnąć. W środku znaleźliśmy kilka zwitków papierów, pęczek kluczy i stary notes w skórzanej okładce.
Kiedy otworzyłem ten notes, zobaczyłem pismo mojego ojca, a na pierwszej stronie jego imię i nazwisko. Przewertowałem kartki i nagle trafiłem na wpis, w którym pisał o tym, że boi się o swoją przystań. Wymienił tam nazwisko Marka i opisał, jak próbował go oszukać, żeby przejąć ziemię. Wtedy zrozumiałem, że na dnie jeziora leży coś więcej niż tylko stara skrzynia, bo to wyglądało na plan.
Na kilku stronach ojciec zapisał numery kont, nazwiska ludzi i daty spotkań, które miały związek z tą sprawą. W samym środku notesu był szkic, na którym narysował coś w rodzaju ukrytego schowka na starym pomoście. Kuba i ja spojrzeliśmy na siebie i obaj wiedzieliśmy, co musimy zrobić. Następnego dnia wczesnym rankiem pojechaliśmy na stary pomost, który znajdował się w zaznaczonym miejscu na mapie.
Deski w jednym miejscu wyglądały na luźne, więc podważyliśmy je łomem, który Kuba przyniósł z łodzi. Pod spodem była pusta przestrzeń, a w niej metalowa skrzynka, zamknięta na klucz. W notatkach ojca znaleźliśmy klucz, który pasował do zamka, więc otworzyliśmy skrzynkę bez problemów. W środku leżały pliki pieniędzy, dokumenty własności i kilka kopii kluczy do różnych budynków.
Były tam też akty notarialne, o których istnieniu pan Zygmunt nawet nie wspominał. Zrozumiałem, że ojciec przez lata odkładał pieniądze i chował to wszystko, żeby nikt tego nie znalazł. Kuba stał obok i patrzył na to wszystko z szeroko otwartymi oczami, mrucząc coś o tym, że to nie do wiary. Ja też czułem, że to nie do wiary, bo w tym schowku było tyle, że mogło zmienić całe nasze życie.
Ale wiedziałem, że to jeszcze nie koniec, bo Marek wciąż krążył gdzieś w pobliżu i nie odpuści. Przez kolejny tydzień pracowaliśmy nad łodzią i trzymaliśmy wszystko w sekrecie, nawet przed panem Zygmuntem. W końcu nadszedł dzień, kiedy łódź była gotowa, żeby zejść na wodę, i to był moment, na który czekałem od dawna. Rano przyjechaliśmy na przystań, a tam czekał już Marek, który stał przy dźwigu i patrzył na nas.
Powiedział, że przyszedł zobaczyć, jak wygląda moja łódź, i że jeśli chcę, to może ją kupić. Odpowiedziałem, że nie jest na sprzedaż, a on tylko uśmiechnął się i powiedział, że to się jeszcze okaże. Potem przyjechał pan Zygmunt z dokumentami i wszystkie formalności, które mieliśmy załatwić, wreszcie ruszyły. Dźwig podniósł łódź i opuścił ją na wodę, a ona przypłynęła do domu, do tego miejsca, do którego należała od zawsze.
Kuba i ja wsiedliśmy na pokład i odpłynęliśmy na środek jeziora, zostawiając za sobą ten cały bałagan. Słońce świeciło, a ja czułem, że w końcu zrobiłem coś, co miałem zrobić. Ale wciąż wiedziałem, że Marek nie powiedział ostatniego słowa, i że najgorsze może być jeszcze przed nami.