Kilka tygodni później, stawiając pierwsze kroki po operacji, zażartowałem do kobiety obok. Zimą wracałem do domu z rękami popękanymi od mrozu, latem z koszulką przyklejoną do pleców. Jeśli coś się sypało, dzwonili do mnie. I właśnie to lubiłem – być tym, do którego się dzwoni.

Przez ponad dwadzieścia lat noszenia sprzętu człowiek ma prawo mieć kręgosłup. Barbara kazała mi iść do lekarza. Któregoś wieczoru wróciłem do domu i nie mogłem normalnie zdjąć buta. “Jutro idziesz do lekarza”, powiedziała.
Do dziś pamiętam moment, kiedy lekarz poprosił mnie, żebym usiadł. To zdanie dotarło do mnie bardziej niż wszystkie wcześniejsze. Do domu wróciłem taksówką. Stałem chwilę przed wejściem do naszego bloku i patrzyłem na schody.
Dzwoniłem do ludzi, sprawdzałem terminy, poprawiałem kosztorysy. Dopiero kiedy ustalili termin operacji, dotarło do mnie, że muszę naprawdę odpuścić. Barbara pakowała mi rzeczy do szpitala, pilnowała dokumentów, przypominała, żebym nie zapomniał ładowarki. Kilka dni przed operacją zaczęła wracać później do domu.
Do szpitala przyjechała wieczorem, dzień przed zabiegiem. Potem zadałem jedyne pytanie, jakie przyszło mi do głowy. Tylko jakby należała do kogoś innego. Trafiłem do prywatnego centrum na obrzeżach Łodzi.
Stary już się do niczego nie nadawał. Każde dodatkowe dwadzieścia metrów było wydarzeniem. Szybko zauważyłem, że Maria ma podobny problem do mojego. “Po ćwiczeniach przyjdę do biura” – powiedziała.
“Do jakiego biura? ” – zapytałem. To był pierwszy raz, kiedy zwróciłem się do niej bez “pani”. Popatrzyła na mnie i dodała: “Nie, po prostu pierwszy raz od wielu lat ktoś tutaj mówi do mnie jak do zwykłej Marii”.
Najpierw zadzwoniłem do Grzegorza. To zdanie pamiętam do dziś. Grzegorz powiedział, że wszystkie dokumenty mamy teraz wysyłać tylko do niego. Zadzwoniłem do inwestora.
Jakbym miał po prostu wyjść i pojechać do firmy. Maria weszła akurat wtedy, kiedy próbowałem sunąć stopę do buta. “Do firmy” – powiedziałem. Odwróciłem się do niej.
“Nie wpadłbym do biura i nie uporządkował wszystkiego w dwie godziny” – powiedziała. “Zadzwoń do ludzi, zbieraj dokumenty, pytaj, notuj, ale najpierw skończ rehabilitację”. Do pewnego momentu byłem przekonany, że to Maria jest silniejsza. Jak ktoś nie wiedział, co robić, przychodził do mnie.
Coraz rzadziej mówiłem do niej: “Maria”, tak jak mówi się do znajomej. Pierwszego dnia po powrocie do domu otworzyłem laptop i zalogowałem się do firmowego systemu. Zadzwoniłem do niego. Nie byłem prawnikiem, więc poszedłem do kancelarii.
Nie miałem już żadnego telefonu do wykonania, żadnego obiektu do sprawdzenia, żadnego problemu, który musiałem osobiście naprawić. Maria też wróciła do swojej codzienności. Po ceremonii poszliśmy na obiad do niewielkiej restauracji. Nie wracaliśmy już często do tego, co było.
Nie wiedziała, do kogo należy. Ale Maria nie zmuszała jej do żadnej rozmowy. To było całe jej podejście do życia.