Stałem na cmentarzu brudnowskim w Warszawie przy świeżo wykopanym grobie i słuchałem, jak łopata uderza o wieko trumny. Głuchy, drewniany dźwięk rozchodził się w wilgotnym powietrzu. Raz, drugi, trzeci. Każde uderzenie brzmiało tak, jakby ktoś zamykał nie tylko grób, ale całe moje dotychczasowe życie.

Helena leżała tam pode mną w ciemnej ziemi. Moja Helena, kobieta, z którą przeżyłem prawie czterdzieści lat. Kobieta, która znała mnie lepiej niż ja sam siebie. A obok mnie powinien stać nasz jedyny syn.
Miejsce po mojej prawej stronie było puste. Nie wiem, czy ludzie to zauważyli. Może tak, może udawali, że nie widzą, bo na pogrzebach wszyscy nagle robią się delikatni i patrzą w ziemię, żeby nie dotknąć cudzej hańby. Ale ja czułem tę pustkę mocniej niż listopadowy chłód.
To puste miejsce krzyczało bardziej niż płacz kilku sąsiadek stojących za mną. Tomasz nie przyjechał. Nie spóźnił się, nie utknął w korku, nie zatrzymała go nagła choroba. Po prostu nie przyjechał.
Ksiądz mówił coś o życiu wiecznym, o nadziei, o tym, że śmierć nie jest końcem. Słyszałem pojedyncze słowa, ale one nie docierały do serca. Patrzyłem tylko na trumnę Heleny i myślałem o tym, jak jeszcze kilka dni wcześniej ściskała moją dłoń w szpitalu. Była już wtedy taka drobna, jakby choroba zabrała z niej nie tylko siły, ale i cień.
Na sali pachniało płynem do dezynfekcji, lekami i tą smutną szpitalną pościelą, której zapachu człowiek nie zapomina do końca życia. Za każdym razem, gdy na korytarzu rozlegały się kroki, Helena lekko podnosiła głowę. „To Tomek?